Spędziliśmy w Gruzji 12 dni. Wydaliśmy niecałe 100$. Raz spaliśmy pod namiotem, głównie u przypadkowych ludzi i trochę w hostelu. 2 razy jedliśmy w restauracji- jupi!!!. Przejechaliśmy 1350 km. Podróżowalismy w 100% autostopem, nie licząc kilku przejazdów metrem w Tbilisi. Gdyby nie fakt, że zaczęło robić się zimno, zapewne do tej pory poznawalibyśmy uroki tego jakże różnorodnego kraju!

Po kolei, byliśmy w Swanetii (Mestia i Ushguli), następnie pojechaliśmy do Tbilisi, zatrzymaliśmy się w Sagaredżo, a stamtąd do Dawid Geredża, Udabno oraz Kachetii – Sighnaghi:) Przed przyjazdem wiele słyszeliśmy o pięknych krajobrazach, gościnności i otwartości Gruzinów. Podpisujemy sie pod tym rekami i nogami! Spotkaliśmy na swojej drodze same życzliwe i pomocne duszyczki. Co więcej Gruzini nas Polaków bardzo lubią – a to nie reguła 😉

Nie wiem czy mieliśmy wyjątkowe szczęście, czy to modlitwy naszych bliskich, czy po prostu w Gruzji to normalne, ale nigdy nie czekaliśmy na stopa dłużej niż 5 minut! To wręcz niebywałe!!! Doświadczyliśmy rownież otwartości Gruzinów do tego stopnia, że nie tylko zapraszali nas do swych aut, ale także domów, stołów i serc 🙂 Gospodarze chwytali za gitary, tańczyli, śpiewali wzruszające pieśni, a nawet płakali podczas wspólnych biesiad i toastów! Zawsze wszystko odbywało sie z klasą przy suto zastawionych stołach (a, że my podobnie jak przy niskobudżetowej produkcji, zawsze głodni, korzystaliśmy z dobrodziejstw do woli). W dodatku czuliśmy sie przy tym, jak równoprawni członkowie rodziny.

Posmakowaliśmy nowych potraw takich jak chaczapuri (taka buła z zapiekanym serem i jajkiem) czy chinkali (coś na wzór naszych pierogów – kluski z mięsem i bulionem albo z ziemniakami). Owocami i warzywami zajadaliśmy się wręcz jak dzikusy! W Gruzji wystarczy podnieść rękę i ma się do wyboru pomarańcze, figi, kaki, słodziutkie jabłka, śliwki, gruszki i oczywiście WINOGRONA w wielu odmianach (wszystkie przepyszne!) Pomidory, ogórki czy papryki choć zapewne nie przeszłyby unijnych wymogów estetycznych;), w smaku biją większość europejskich na łeb na szyję:) Na stołach królują rożne rodzaje serów, popularną przyprawą jest kolendra, a zieloną pietruszkę wcina się garściami 🙂

Kierowcy jeżdżą świetnie nawet w bardzo wymagających górskich terenach, ale nierzadko wyprzedzają na trzeciego i sporadycznie używają „migaczy”. Auta, którymi jeździliśmy miały kierownice zarówno po prawej, jak i lewej stronie. Część z nich jest sprowadzana z Japonii żeby było po prostu taniej. Dużo, szczególnie mężczyzn pali papierosy. Palą wszędzie – w knajpach, samochodach i przy stole w domach.

Dużo jest tu błąkających sie bezpańsko psów. Często są schorowane, zranione i niedożywione. Nikt nie zwraca na nie uwagi. Lgną bardzo do turystów, bo są szczodrzy w podrzucaniu smakołyków. Wszelakie zwierzęta chodzą samopas. Nikogo nie dziwi stadko krów, świń czy owiec, które stoi na środku drogi. To kierowca powinien dostosować sie do zwierząt, a nie na odwrót 🙂 Ogólnie króluje tu poczucie „swobody” – wolności, prawie w każdej kwestii:) Zapewne przy załatwianiu biznesów mogłoby to być nieco uciążliwe, ale my totalnie nie mieliśmy z tym problemu…nawet nam się to podobało 😉

Cmentarze, zazwyczaj przydrożne, w formie małych, ogrodzonych poletek. Na nagrobkach widnieją zdjęcia zmarłych w charakterystycznych dla siebie odsłonach oraz często butelki wina (tak wina!!). Cmentarz, to miejsce, w którym bliscy spotykają się, by wypić toast za nieboszczyka i powspominać jego dobre imię.
Nie zawsze i wszędzie jest ciepła woda, ale za to wina i czaczy pod dostatkiem – zarówno przy śniadaniu, obiedzie, kolacji, jak i na cmentarzu 🙂 Maciej jako niepijący alkoholu i niemówiący po rosyjsku, nieźle musiał sie nagimnastykować, aby odmówić picia w grzeczny sposob (to dla nich nietypowe, że ktoś może nie chcieć pić?!?!).
Stosunkowo niewiele osób mówi w języku angielskim, za to prawie wszyscy znają język rosyjski. My jakoś sobie poradziliśmy, a naszym „ciut ciut gawari’ na dzień dobry, rozczulaliśmy wszystkich 🙂

Posmakował nam bardzo tutejszy chleb. Zawsze jedliśmy go tuż po wyciągnięciu z pieca! Mniaaam!!!

W Tbilisi bardzo popularne są automaty z popcornem – super oldschool 🙂
Zauważyliśmy sporo pustostanów, nie tylko pojedynczych domów, ale rownież całych skupisk. Wiele domów jest też niewykończonych, a już zamieszkałych. O rożnorodności architektury możesz poczytać więcej w naszym filtrze ARCHITEKTURA 🙂

Gruzini dążą do europejskości – najbardziej widać to w stolicy. Tak chciałoby się ich w tym pragnieniu powstrzymać, aby pozostali takimi, jakimi są. Ale wiadomo każdy dąży do tego, aby było coraz lepiej, nowocześniej.Mogłabym tak pisać i pisać, ale jak wszystko napiszę, to nie będziecie chcieli tu przyjeżdzać 🙂 A powinniście 🙂 🙂

GRUZJA

2 thoughts on “Jak było w Gruzji…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *